Jesień to czas, gdy wieś świętuje. Na placach rozstawiane są stoiska, gra muzyka, pachną kiełbaski z grilla, a nad wszystkim góruje wieniec dożynkowy – symbol zakończonych żniw i wdzięczności za plony. Dożynki wróciły do nas wraz z odzyskaniem niepodległości, po latach komunistycznej przerwy, gdy zastąpiły je „Dni Plonów” o propagandowym charakterze. Dziś znów możemy czcić tę tradycję sięgającą korzeniami pogańskich czasów, kiedy to dziękowano Bogom za urodzaj.
Ale gdy patrzę na współczesne dożynki, ogarnia mnie wątpliwości. Czy to, co widzimy na wiejskich placach, ma jeszcze coś wspólnego z pierwotnym sensem tego święta?
Rolnik w tle własnego święta
Ironia losu sprawia, że w centrum wydarzenia poświęconego rolnictwu… rolników właściwie nie widać. Są gdzieś w tle, może przy stoisku z własnymi produktami, zagubieni między karuzelą a punktem sprzedaży kebaba. Główną uwagę przyciągają wesołe miasteczka, koncerty disco polo i konkursy, w których najważniejsze jest, kto głośniej krzyknie lub szybciej wypije piwo.
A przecież to właśnie rolnicy powinni być bohaterami tego dnia. To oni przez cały rok zmagają się z kapryśną pogodą, rosnącymi kosztami nawozów i paliwa, biurokracją unijną i niejedną nieprzespaną nocą podczas żniw. To ich praca sprawia, że na naszych stołach nie brakuje chleba. Czy nie zasługują na coś więcej niż ceremonialną przemowę burmistrza, wójta i zdjęcie z wieńcem dożynkowym?
Festyn czy święto?
Współczesne dożynki przypominają bardziej jarmark niż święto plonów. Dominują komercja – stoiska z chińską biżuterią, fast-food i atrakcje, które równie dobrze mogłyby stanąć na każdym innym festynie. Gdzie w tym wszystkim miejsce na rzeczywistą celebrację rolnictwa? Gdzie stoiska z lokalnymi produktami, prezentacje tradycyjnych metod uprawy, opowieści o tym, jak wygląda współczesne gospodarstwo?
Nie jestem przeciwnikiem zabawy – ludzie pracują ciężko i zasługują na rozrywkę. Ale czy nie można by jej połączyć z edukacją i rzeczywistym uczczeniem tego, co najważniejsze? Czy diabelski młyn naprawdę jest nieodzownym elementem święta plonów?
Tradycja w czasach nowoczesności
Dożynki mogłyby być okazją do rozmowy o wyzwaniach, przed jakimi stoi polskie rolnictwo. O tym, jak zmieniło się od czasów, gdy żniwiarze ścinali zboże sierpami. O nowoczesnych technologiach, które pomagają rolnikom, ale też o problemach – od suszy po konkurencję importu. To mogłaby być lekcja dla dzieci, które myślą, że mleko „rodzi się” w kartonie, a ziemniaki w supermarkecie.
Zamiast kolejnego koncertu zespołu disco polo, może warto zorganizować spotkania z rolnikami? Zamiast karuzel – pokazy sprzętu rolniczego? Zamiast fast-foodu – degustacje lokalnych produktów z opowieściami o tym, jak powstają?
Powrót do korzeni
Nie postuluję rezygnacji z nowoczesności ani powrotu do czasów, gdy dożynki kończyły się tylko dziękczynieniem w kościele. Ale może warto zastanowić się, czy w pogoni za widowiskowością nie zatraciliśmy istoty tego święta? Czy dożynki nie powinny być przede wszystkim okazją do wyrażenia wdzięczności tym, którzy nas żywią, a dopiero potem – imprezą?
Bo gdy ostatni diabelski młyn zostanie spakowany, a stoiska uprzątnięte, rolnicy wrócą do swoich gospodarstw. I znów przez cały rok będą ciężko pracować, często w zapomnieniu, żeby za rok znów świętować, jak świętować? Czy nie zasługują na to, żeby przynajmniej raz w roku być prawdziwymi bohaterami własnego święta?
Jeśli podoba się Tobie mój tekst i chcesz, by powstawało więcej takich materiałów – możesz postawić mi wirtualną kawę ☕💙